
Już tłumaczę o co
chodzi. Na wstępie oddam głos jednemu z głównych sprawców całego
zamieszania, o którym będzie mowa, Genesis'owi P-Orridge'owi: „O
nic. No, chodzi, ale nikt się nie dowie o co. Nikt nie wie. To
sekret.”. Taką wypowiedź na temat genezy tworu o nazwie Throbbing
Gristle znalazłem w internecie i chyba idealnie oddaje ona wizję
nurtu jakim jest industrial i o jakim można mówić mniej więcej od
momentu powstania wspomnianej brytyjskiej grupy, która jest jednym z
najważniejszych jego winowajców. Jeśli myślicie, że Marilyn
Manson (który nota bene sporo musi zawdzięczać choćby Killing
Joke) jest szokujący, to pewnie będziecie dość mocno zdziwieni
tym, co przedstawiam teraz. Oczywiście Brian Warner wpisuje się
swoją muzyką i zachowaniem mocno w nurt industrialny, jednak trzeba
mieć świadomość, że jego sposób na siebie też się skądś
wziął i nie jest taki do końca oryginalny. Choć bez wątpienia
jeśli chodzi o lata 90' to koleś nieźle trafił w swój czas,
aczkolwiek niestety potem za bardzo poszedł w komercyjną stronę,
zaprzeczając niejako założeniom nurtu industrialnego. Wiadomo, że
industrial czy nawet muzyka industrialna to temat tak rozległy, że
praktycznie nie możliwy do wyczerpania a nawet samo pisanie o nim
jest trochę ryzykowne (można popełnić sporą gafę), ale myślę,
że jeżeli robi się to w słusznej sprawie to będzie raczej zgodne
z jego konwencją, która zakładała przecież między innymi
badanie ludzkich zachowań, poszerzanie granic percepcji czy wręcz
„nauczanie życia” i „naprawę świata”, tak w wielkim
skrócie. I właśnie tym będziemy (tak, my, mój ssskarbie) się
zajmować na tym blogu, będziemy leczyć ludzką mentalność i
naprawiać świat. Będziemy walczyć z internetem, ściągając go
krok po kroku i wyrzucając do kosza, a gdy już dojdziemy do końca
to zmyjemy podłogę i zgasimy światło. Będziemy wraz z wszelakiej
maści odmieńcami, freakami, muzycznymi geniuszami i innymi
odszczepieńcami kształtować opinie. Ja tu jestem tylko po to, żeby
w sposób w miarę przystępny, ale jednocześnie trochę wymagający
przekazywać jakąś tam swoją wiedzę czy wrażenia na temat
muzyki, ale i sztuki w ogóle (w tym filmu) oraz świata (w tym
polityki). Nie chcę pisać z perspektywy eksperta lub wyroczni, ale
nie będę ukrywał, że coś tam o tym wszystkim wiem, coś tam
kumam i coś tam swojego również jestem w stanie wtrącić. I
sądzę, że będzie to w moich notkach widać. Na początku
przywołałem więc Throbbing Gristle i ich głównego prowodyra bo
wydaje mi się, że od tego warto zacząć. Choć nie są to moje
największe - nazwijmy to - autorytety w dziedzinie industrialu czy
tam muzyki czy w ogóle sztuki to najbardziej logicznie będzie
zacząć właśnie od tego. Zresztą Genesis P-Orridge wydaje się
być idealną do przywołania w tym kontekście osobą, a z mnogich
cytatów z niego wynika wyraźna chęć ratowania, leczenia świata,
dlatego przytoczę jeden z nich, tym razem w języku angielskim,
zakładając, że jeśli ktoś już tu trafił, a nawet doczytał do
tego momentu, zrozumie o co chodzi: “I'll never give up being into
trying to change the world.”. To oczywiście jeszcze nie koniec,
ale na razie niech wystarczy.
Throbbing Gristle
powstali w 1975 roku w Kingston Upon Hull, niedaleko od Morza
Północnego. Oprócz P-Orridge'a w skład grupy weszli Cosey Fanni
Tutti, Peter "Sleazy" Christopherson i Chris Carter. Te
cztery sympatycznie spoglądające z okładki osoby śmiało można
nazwać ojcami (i matkami) chrzestnymi muzyki industrialnej, choć
trudno o niej mówić pomijając takie zespoły jak Psychic TV, Coil,
Current 93 czy Laibach. Można by tak jeszcze wymieniać do jutra,
ale spokojnie, o nich będzie w przyszłości. Wracając więc do
Throbbing Gristle to wydali oni w 1979 jeden z pierwszych swoich
albumów studyjnych, czyli „20 Jazz Funk Greats”.
Wybrałem tę płytkę nie
tylko dlatego, że była ich pierwszą jaką poznałem ale też
dlatego, że jest mocno reprezentatywna i naprawdę pomocna, jeśli
chodzi o tłumaczenie co to ten cały industrial. Co prawda przez
pewien czas myślałem, że gdy się już wie o co chodzi i zna się
późniejsze rzeczy (jak choćby Coil albo Einstürzende Neubauten)
to nie jest to aż tak wybitna płyta z muzyką. Na szczęście
bardzo szybko skonfrontowałem ten pogląd i dziś lepiej rozumiem
ten album, coraz bardziej jarając się również warstwą muzyczną,
chociaż nie da się jej do końca oddzielić od... hmm...
ideologicznego kontekstu industrialnego nurtu. Sam tytuł płyty „20
Jazz Funk Greats” oddaje idealnie jej charakter i w dużej części
samą istotę industrialu. Ta muzyka to właśnie coś w rodzaju
jazzu, tylko, że ulokowanego w przestrzeni elektronicznej. Głównym
środkiem wyrazu nie są tu „żywe” instrumenty, tylko właśnie
elektronika, różne zabawki, komputery czy syntezatory, choć to
oczywiście tylko pewna część składowa całej frajdy. Naturalnie
pisząc „komputery” nie mam na myśli tego, w co wgapiamy się
właśnie w tej chwili, przypominam bowiem, że mówimy o przełomie
lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a więc o czasach, w
których pomysł na pecety jeszcze raczkował. Muzyka zawarta na
płycie polega przede wszystkim na eksperymentowaniu, wycinaniu
jakichś zgrzytów, hałasów, dźwięków, konstruowaniu odgłosów
- ogólnie wszystkiego co słyszalne – i łączeniu tego w jedną
całość. Znajdą się też jakieś fragmenty telewizyjnej
paplaniny, jęki, krzyki i pozostałe środki, które trudno nawet
nazwać. To wszystko i jeszcze więcej jest na tej płycie i to
właśnie składa się na industrial. W zasadzie mam poważne
wątpliwości, czy gdyby nie Kraftwerk, Throbbing Gristle i jeszcze
kilka innych zespołów moglibyśmy się dzisiaj bawić na
dyskotekach, lub psioczyć na imprezy techno, które paradoksalnie ma
wiele wspólnego z industrialem. Trudno też napisać coś więcej o
„20 Jazz Funk Greats” bo jak już wcześniej wspomniałem jest to
ryzykowne, a ponadto nic bardziej adekwatnego nie przychodzi mi w tej
chwili do głowy. To jedna z tych płyt, których nie wyobrazisz
sobie po samym opisie. Dlatego pisząc o niej mam bardziej na celu
pokazanie, że coś takiego w ogóle jest, niż fachową analizę, do
której przy mojej znajomości Throbbing Gristle trochę mi jeszcze
daleko. Ale staram się jak mogę. Oczywiście każdemu słuchaczowi,
który nigdy nie wyszedł poza wczesne płyty The Beatles (wersja
ambitniejsza), Króla Micheala (wersja mniej ambitna) czy Lady Gagę
(wersja najmniej ambitna) - nie wspominając już o pokoleniu
mpchujków - wyda się ta muzyka nie tylko dziwna i niezrozumiała,
ale przede wszystkim okaże się strasznym, asłuchalnym hałasem.
Będzie też rozczarowanie, jeśli dla kogoś szczytem ekstremy jest
przytaczany wcześniej Marilyn Manson, ewentualnie - tak zwane przez
przedstawicieli młodzieży ery „of smart phones and dumb people”
- „darcie ryja”, czyli inaczej muzyka metalowa. I jeśli ktoś
postanowiłby się w tym momencie poddać, to powinien przestać
czytać ten tekst. Kiedy już znacznie zawęziliśmy grono to dla
wytrwałych dodam kolejny cytat z Genesisa P-Orridge'a, gdyż dalsze
pisanie o Throbbing Gristle bez koniecznego akurat rozpisywania się
i zagłębiania w szczegóły będzie raczej bezcelowe, a nie chcę
już na starcie zniechęcić wszystkich potencjalnych czytelników
mojego bloga:
"I'm 38 and for all
my faults I have spent most of those 38 years searching determinedly
for ideas that work and ideas that help. Not everyone maybe, but some
people. If they work and if they make any kind of sense, the only way
to check is to give them to other people and see if it works. If it
helps one or two or ten or fifteen, that's a massive improvement on
what most human beings do in their life to help anyone. If it helps a
few hundred or a few thousand, that's incredible".
Myślę, że taka idea
przyświeca również mnie i choć nie jestem jeszcze takim twórcą
jak ów bohater i zajmuję się na razie zwykłą, pisemną paplaniną
to będę zadowolony, jeśli przedstawianą muzyką, sztuką,
koncepcją wpłynę na, nazwijmy to „życie” kogokolwiek. Tak jak
brytyjscy bohaterowie industrialu wpłynęli na moje życie.
Dodam jeszcze, że możecie
na moim blogu spodziewać się zarówno kontynuacji ekstatycznych
spustów nad „ambitną” i niszową muzyką jak i już mniej
entuzjastycznych, ale dalej szczerych wywodów o twórczości Eminema
czy nawet Nightwish. Zamierzam opisywać wiele z tego co mi się
podoba (więc MUSI być dobre!) i być może spodoba się Wam. Z
przykrością stwierdzam, że hipsterzy nie odnajdą tu praktycznie
nic dla siebie, gdyż pierwsza, „niszowa” opcja będzie nawet dla
nich zbyt alternatywna, a druga oczywiście okaże się zbyt
mainstream'owa. Będą więc musieli wrócić do Starbucks'ów i
zadowolić się Skrillex'em, naturalnie puszczanym z iPoda czy tam z
laptopa od Apple'a (OCZYWIŚCIE BIAŁEGO FOR FUCK SAKE!). No to jak
już jesteśmy przy takich klimatach to może jeszcze jeden cytacik,
taki od serca:
"I've been involved
in a total war with culture since the day I started… I am at war
with the status quo of society and I am at war with those in control
and power. I'm at war with hypocrisy and lies, I'm at war with the
mass media. Then I'm at war with every bastard who tries to hurt
someone else for its own sake. And I'm at war with privilege and I’m
at war with all the things that one should be at war with basically."
pierwsza!
OdpowiedzUsuńlofciam
OdpowiedzUsuńtl;dr ~paweu
OdpowiedzUsuń